Pragnienie objawienia miłości jest jedynym prawdziwym marzeniem każdego człowieka.

Wierzyć czy nie wierzyć, oto jest pytanie

Pewna rozmowa z forum zainspirowała mnie do zastanowienia się nad pojęciem wiary i jej nieodłącznej obecności w naszym codziennym życiu.

Ateiści nie mówią „wierzę że bóg nie istnieje”, tylko „nie wierzę w istnienie boga”. Więc próba wrzucenia ich NIE wiary do tego samego worka co bajań o niewidzialnych różowych jednorożcach jest, IMHO, manipulacją. Po prostu ateiści odrzucają bajania które nie są poparte dowodami. Bo czy ktoś jest w stanie przedstawić dowód na istnienie Boga? Czy też nie? Bo jeżeli nie, do jego bajania są tylko bajaniami. Niezależnie od tego czy były przekazywane z pokolenia na pokolenie, czy też są świeżymi skutkami DT. Więc dlaczego mam je przyjmować jako PRAWDĘ?

To jest bardzo ciekawe zjawisko, któremu warto przyjrzeć się bliżej. Prawdą nazywamy coś, co odbiera nasze pięć zmysłów, czasami wyposażonych w przedłużenie, czyli różnego rodzaju urządzenia i mechanizmy. Tu powstaje pytanie: Czy żeby uznać coś za prawdę, potrzebujemy sami to poczuć swoimi zmysłami? Jeżeli powiemy, że tak. To czy w tym wypadku nie uznajemy za prawdę wszystkich zjawisk, o których tylko czytaliśmy – na przykład, że atom składa się z kwarków. A jeżeli uznajemy to za prawdę, to znaczy, że WIERZYMY, że to istnieje, opierając się o jakieś źródła. Zwykle ludzie w takim wypadku opierają się na autorytetach lub zdaniu większości. Tak czy inaczej, kiedy do naszego mózgu dociera jakaś informacja, która nie ma potwierdzenia w naszych zmysłach – na przykład, że odkryto nową bakterię, wybieramy, czy w to wierzymy, czy nie wierzymy. Nie mamy innego wyjścia, musimy się do tej informacji ustosunkować,  albo ją przyjąć, albo odrzucić (oczywiście można również przyjąć częściowo, ale na potrzeby tych rozważań pozostańmy tylko przy tych dwóch skrajnych biegunach tego zjawiska).

Z tego wychodzi, że w większość rzeczy, które istnieją na świecie WIERZYMY, a nie WIEMY, że istnieją (nie mamy doświadczenia pięciu zmysłów). I jak widzimy, człowiek nie czuje z tego powodu na co dzień żadnego dyskomfortu.

Tu każdy może powiedzieć, że przecież zawsze mogę tak samo jak ten naukowiec, co odkrył bakterię, spojrzeć przez mikroskop i zobaczyć ją na własne oczy. I ma absolutną rację. Wtedy jego umysł za pomocą zmysłów uzyska dowód jej istnienia. Co prawda wymaga to pewnego wysiłku, poświęcenia czasu, pojechania do tego laboratorium, które może być bardzo daleko, wydania sporej ilości pieniędzy itd…. więc łatwiej jest po prostu uwierzyć temu panu, który zobaczył tą bakterię i tym innym, którzy potwierdzili, że oni również ją widzieli i opisali w znanym czasopiśmie (przyjęcie w oparciu się o autorytet). I do tej pory wszystko jest jasne 🙂

Wnioskując z wyżej powiedzianego dowiedliśmy, że wiara jest nierozłącznie powiązana z poznaniem nowego. Czyli mówiąc: „nie wierzę w istnienie czegoś”, człowiek określa, że nie ma na to potwierdzenia w swoim doświadczeniu, w odbiorze moich pięciu zmysłów i jednocześnie nie wybrał drogi uwierzenia w to zjawisko. Wtedy pada znane określenie: „Udowodnij mi, że to istnieje”. Idąc dalej, jeżeli jest dwoje ludzi i jeden mówi: „nie wierzę w istnienie tego”, a drugi mówi: „wierzę w istnienie tego”, to absolutnie nie mówi o tym, czy dana rzecz istnieje, czy nie, a określa tylko ich stosunek do informacji, która przyszła do nich obu i którą umysł jednego odrzucił jako nieprawdziwą, a drugiego przyjął „na wiarę”, jak opisaliśmy wyżej. Takie przyjęcie lub odrzucenie świadczy o tym, że albo autorytet przekazujący był dla drugiego za słaby, aby uwierzyć, albo nie znalazło to potwierdzenia u większości z jego społeczeństwa (środowiska).

Tu można powiedzieć tak: No dobrze, ale mogę sprawdzić, że bakteria istnieje i pojechać do tego laboratorium (choć mi się nie chce). Pytanie: Czemu nie jedziesz? Odpowiedź: Szkoda czasu. Co oznacza, że ta informacja nie jest dla mnie na tyle istotna, żeby wykonać ten wysiłek i opieram się jedynie na wierze, bo tak jest łatwiej.

W przypadku pytania o istnienie Boga jest tak samo. Z naukowego punktu widzenia Biblię można porównać do opisu naukowego badania, opisu eksperymentu, który badacz przeprowadził na samym sobie i zanotował wnioski. Pisze on w nim, że jeżeli ktoś chce sprawdzić swoimi zmysłami wynik doświadczenia i powiedzieć z całą pewnością, że Bóg istnieje, to powinien wykonać następujące czynności, tak się zachować, tak patrzeć na świat, dotrzymywać takich przykazań itd…

Dlaczego więc każdy nie spróbuje? Patrząc z punktu widzenia badacza prawdy są tu trzy przeszkody:

  1. Nie do końca wiadomo, co należy robić z uwagi na archaiczność języka i niezrozumienie przekazu. A według logicznego rozumu, jeżeli chcemy poświęcić czemuś czas, to musi istnieć przynajmniej dosyć duże prawdopodobieństwo, że osiągniemy zamierzony skutek i rozumieć, co dokładnie mamy zrobić.
  2. Potwierdzenie badania wymaga mnóstwo czasu i energii (życia), na co nie każdy chce poświęcić swoje życie uznając, że łatwiej pozostać przy prostej wierze.
  3. Nie widzimy teraz wokół siebie nikogo, kto by osiągnął w całości wynik tego badania, eksperymentu poznawczego (choć z naszej historii i legend znamy imiona tych, którzy tego dokonali – Chrystus, Budda, Wiszna itd…).

Jest to trochę podobne do tego, kiedy jakiś zespół badawczy mówi, że odkrył jakieś prawo – drugi zespół zbiera się, poświęca czas, pieniądze i bada, czy to faktycznie prawda (powtarzalność doświadczenia). Tu też, dawno temu, jeden zespół naukowców (mędrców) siadł i napisał „świętą księgę” określając – to jest prawda. I wiele osób, które uwierzyło i poświęciło swoje życie na badanie tego, doszło do większych lub mniejszych wniosków.

I jest pytanie: Dlaczego w takim razie nie jest to akceptowalne przez wszystkich? Czemu ci, co osiągnęli, nie pokażą jawnie wyniku swojego osiągnięcia? Powód jest prosty: Badanie przeprowadza się na samy sobie, a jego wyniki osiąga się i odczuwa nie pięcioma zmysłami, a „czymś wewnątrz”. Dlatego nie może jeden człowiek „pokazać” drugiemu wyniku inaczej, niż poprowadzić go tą samą długą drogą, którą przeszedł on sam. Jest to podobne do jakiegokolwiek odczucia, które powstaje wewnątrz nas. Nie mamy możliwości udowodnić innemu człowiekowi, że ono w nas istnieje. Możemy je opisać, narysować, wyśpiewać, ale nadal nie będzie to dla tego drugiego „namacalny dowód”. I tu wracamy do przeszkód, które opisaliśmy wyżej. Zdaniem większości – szkoda czasu.

I tu doszliśmy do odpowiedzi na pytanie, które postawiliśmy na początku: W co wybieram uwierzyć? To właśnie jest objawienie wolnej woli człowieka, które jest przyczyną do tego, co następnie pojawia się w jego życiu i jaką drogą kroczy. I ani jedna, ani druga droga nie jest ani zła, ani dobra, gdyż jest ona indywidualna.

I życzę wam wszystkim, abyście zawsze byli na swojej drodze.

Adam O autorze

"Kto z was nie chciałby rozwinąć świetlistych skrzydeł, by wzlecieć nad ciemnością swojego własnego świata wyobrażeń o prawdzie?"
Mądrości mędrców

%d bloggers like this: